JEŚLI NIE MY, TO KTO? JEŚLI NIE TERAZ, TO KIEDY?

KIM JESTEŚMY I DLACZEGO ROBIMY TO, CO ROBIMY. 

Jeśli nie my, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?

Jakbyś miał(a) 3 miesiące życia i mógł/mogła zrealizować swoje cele i marzenia - to co byś zrobił(a)?

Kiedyś, na jednym ze szkoleń dostaliśmy właśnie takie pytanie od prowadzącego. Ja, czyli Paweł i Magdalena moja życiowa partnerka — wypisaliśmy kilka punktów — każdy w swoim notatniku. Potem, już po szkoleniu porównaliśmy wpisy — okazało się, że mamy w głównych celach - podróż — najlepiej dookoła świata. Oczywiście też: szczęśliwą rodzinę, brak stagnacji, bezpieczeństwo i takie tam marzenia... To szkolenie, gdzieś w 2011 roku rozpoczęło „ferment”, czyli pozytywny proces myślowy gdzieś głęboko w podświadomości. Na szczęście mamy więcej niż 3 miesiące życia i możemy to inaczej zaplanować :)

 Minęły lata, w 2013 pojawiła się nasza córka Julia i podsumowując generalnie od 2010 roku, kiedy się poznaliśmy, to mieliśmy wspólne i szczęśliwe życie. Tzn. takie niby szczęśliwe niby nie. Po prostu takie, jakie mają osoby, które wcześniej określiły cele i dzięki ogromnej pracy i odwadze je osiągnęły. Z dużą presją, ale też z dużą motywacją okazało się na finale, że dochodzi się w do szklanego sufitu. My tak właśnie skończyliśmy. Warszawa dała nam wszystko, co było dla nas ważne. Udowodniliśmy sobie, że możemy. Środki do życia, atrakcyjne hobby, rozwój osobisty, fajne miejsce do mieszkania, podróże, miłość, szamotanie się, pęd, antydepresanty i "yyyy wszystko"*. Wszystko, co może dać wielkie miasto, osiągnęliśmy w tym wspomniany szklany sufit, który poprawia samoocenę. Prawie każdy nowy konsumpcyjny cel, czy intelektualna zachcianka, mogła być zrealizowana (w granicach możliwości +30% ;) ). Prędzej czy później, lepiej bądź gorzej, ale jednak generalnie się udaje. Przy okazji oczywiście nauczyliśmy się doskonale jak żyć w tak zwanej dojrzałości. Wiemy, że w naszej ojczyźnie i chyba generalnie na całym świecie teraz to, co jedyne stabilne i pewne to brak stabilizacji i pewności. Nauczeni przez prowadzenie własnej działalności czy przez pracę dla mniejszych i większych korporacji zauważyliśmy, że w sumie mimo obietnic oraz iluzji bezpieczeństwa to nie ma pewności co stanie się za rok. Czyli w sumie pełna dupa. Nigdy nie wiemy, czy nie zmieni się zarząd firmy i nie przyjdzie manager ze swoją nową świtą albo, czy dział nie zostanie skasowany, albo czy nie przyjdzie ktoś nowy tańszy i wydajniejszy i Cię wywalą. Gdy jesteś właścicielem firmy to czy jakiś urzędnik skarbowy bądź inny urzędnik, w ramach potencjalnej akcji politycznej czy propagandowej albo z czystej niekompetencji, strachu o swoją pracę bądź z pobudek finansowych (wyłudzenie premii / awansu) Cię nie zniszczy, przy okazji zabierając środki do życia — za to pozostawiając Cię z dużymi kosztami. Znamy te przykłady z własnego doświadczenia #trustme. Zawsze oczywiście można się zrolować do granicy ubóstwa i mieć dużo czasu za to żadnych pieniędzy — co jak wiemy, jest w Polsce osiągalne dosyć szybko — ale chyba nie jest to rozwiązanie dla ambitnych ludzi (nawet jeśli są oślepieni swoją samofantastycznością ;) ). Można też pojechać na wieś jako mieszczuch i dostać po twarzy zawiłymi lokalnościami. Podsumowując: nie wierzymy w stabilizację, a dokładniej to wierzymy w brak stabilizacji. Aby osiągnąć stabilizację czy raczej jej spójną iluzję bądź jakieś jej strzępy trzeba codziennie krzesać z siebie ogromną ilość energii — ogromną — razem z tą, która często idzie w „gwizdek". Walczymy np. o domknięcie projektów, które ostatecznie za rok albo za trzy lata nie będą miały żadnego znaczenia, a mega dżule już szlag trafił. Zobaczcie, ile to wymaga siły! Życie w korporacji czy urzędzie, czy nawet muzeum (tzn. „praca" ale patrząc na work/life balance to raczej „życie”) przypomina często pole walki i wymaga ogromnego poświęcenia i odwagi. Polityki, koterie itd. Do tego miejsce nas ogranicza, nawet najlepsza lokalizacja w pewnym momencie dla większości ludzi traci urok. Akurat tak się złożyło, że od kilku lat Magdalena, jak i ja pracujemy w swoich (jednoosobowych) firmach i tam, gdzie jest komputer, tam jest nasza praca. Jednak z różnych powodów mamy swoje biura, do których jeździmy (raz na jakiś czas, ale min 3x w tygodniu). Czyli i tak widzimy świat z biurowego okna, więc ostatecznie mimo szansy mobilności i tak pracujemy w jednym miejscu. Świat na zewnątrz widzimy „raz na jakiś czas". Innym aspektem codzienności jest zajęcie się domem. Ogarnięcie wolno-stojącego domu czy mieszkania oraz idące na tym spory na warszawskich osiedlach z sąsiadami i administracją / wspólnotami / tymi-od-szamba / firmą energetyczną/ gminą ws. drogi, czy rowu / siecią komórkową ws. internetu itd. to wielka praca. A jeszcze to trzeba robić w taki sposób, aby nie być wydymanym — wymaga to sprytu i wręcz planowania strategicznego :) - wiecie, o czym mówię. Teoretycznie to nawet śmieszne, ale faktycznie na koniec tygodnia to narastający w nas stres wymagający upustu poprzez... różne używki i zachowania (ucieczki w hobby bądź obżarstwo, alkoholizm itd. itd.) Rozwiązaniem jest spędzanie czasu na „obsłudze" domu z powodu np. presji otoczenia. Do tego wielki temat — czasu — a raczej braku czasu. Nawet na relacje ze znajomymi nie ma czasu. Relacje najczęstsze — w moim wypadku — są via messenger i facebook, sms — czasami telefon, czasami spotkanie — z tymi najważniejszymi znajomymi, których w sumie coraz mniej to (oprócz hobby) 1 raz na kwartał, czasami 1 raz na 2 miesiące. To samo z rodziną, z którą fizycznie widzimy się jeszcze rzadziej. Na to nachodzą setki godzin spędzonych na bezproduktywnych spotkaniach w firmach, czas tracony na walkach samic i samców Alfa na spotkaniach wspólnot mieszkaniowych, rozgrywki w przedszkolach pomiędzy rodzicami w mailach na 80 wątków. - itd. itd. Czas spieprzający w korkach w dużych miastach albo na dojazdówkach z miasta na wieś (im dalej mieszkasz, tym więcej siedzisz w samochodzie — nie ma bata! Nie da się inaczej). Generalnie nikt na nic nie ma czasu. Wiecie — można mieszkać w wielkim mieście z tysiącem atrakcji i nie mieć czasu z nich skorzystać. Czy też tak masz? Czas jest dobrem luksusowym najwyższej jakości. 
 
Szkoła następny temat - noooo, szkoła to wielkie wyzwanie, choć bardziej szkoła jest wyzwaniem niż edukacja. Choć jeszcze nas to nie dotyczy to patrząc, na system edukacji, jego ciągłe zmiany, generalny burdel, afery lokalne, dilerzy, presja w dziecio-society to wydaje się wieeeelkim wyzwaniem. Dodaję do tego swoje doświadczenia blokersa z wrocławskiego osiedla i wychowania przez ulicę w latach 90tych. W efekcie zastanawiam się, czy puszczenie dziecka do szkoły na początkowym etapie to dobre rozwiązanie? A może powinienem edukować wg programu samodzielnie? Bo na pewno będę musiał włożyć masę energii w proces edukacyjny dziecka. 
 
 No i na koniec jak to całe życie ogromnie dużo kosztuje. Samo w sobie kosztuje, a do tego widoczne insygnia pozycji społecznej! Ubezpieczenie samochodów, leasingi, przedszkole, gaz, prąd, woda, paliwo, kino, internet, wieszak na marynarkę kupiony w serwisie samochodowym #takizlogo(tm), setka kupowanych ciuchów (fajna koszulka tu, buty z promocji tam), nowe felgi by się przydały na wypasie, 10 koszul w szafie, kozaczki, torebki, parasoleczki, no i koszty tradycyjne — czyli jedzenie i zabawa. No i taki tam typowy koszt jak kredyt mieszkaniowy często DRUZGOCĄCY TOTALNIE wolność. Robiłeś/łaś budżet domowy? To wiesz, jaka to jest kwota — a jak nie robiłeś/łaś - to dlaczego? Boisz się zobaczyć tę kwotę, która bez excela będzie niedoszacowana o co najmniej 20/30%? Aby się wyrwać z tego błędnego koła, trzeba wszystko zmienić — stąd idea minimalizmu. Łatwo powiedzieć trudno zrobić, ale, tak czy siak, trzeba odzyskać kontrolę. No dobrze, to wszystko wiemy — dzień jak co dzień — notabene co roku rządy w IIIRP powinny dawać wszystkim Polakom order za odwagę i siłę do przetrwania :D (Bruksela mieszkańcom EU, a Bóg (którykolwiek wg Waszego uznania) większości ludzi na świecie). Oczywiście w życiu jest wiele fantastycznych przyjemności, ale....

 

Gdzie w tym wszystkim cele z kartki ze szkolenia? Ok, że niby ta podróż na emeryturze? To dla mnie za minimum 25 lat. Jaki będę, mając 65, 67, czy 70 lat? Czy w ogóle dotrwam tego wieku, pracując i żyjąc w takim świecie? ... No ok, wcześniej można pojechać na wakacje albo wyjazdy, te krótsze bądź dłuższe w tym wyprawy off-road, rejsy jachtem (uwielbiamy) czy cokolwiek innego I SUPER — no tak, ale powiedzmy, że w sumie to tych wolnych dni na wyjazdy to są 4 tygodnie w roku — dla większości z nas. Powiedzmy 2 wyjazdy po 2 tygodnie (bardzo optymistyczne założenie nieprawdaż?). Teraz z Magdaleną mamy około 40 lat (2018) i fakt wcześniej trochę już zobaczyliśmy (choć niedużo). Zakładając 1 pobyt w Polsce i jeden za granicą rocznie to daje nam 25 wyjazdów do wieku 65lat. Podzielmy to tak: Europa Płn. z 8 razy (na 2 tygodnie, skakanie po łebkach, zaliczanie miejscówek), Europa płd. i generalnie basen Morza Śródziemnego z 8 razy, Azja z 5 razy (z Rosją włącznie) to mamy już 21, czyli jesteśmy przy 60tce i jak dożyjemy to mamy 4 szt. na Amerykę płd. i płn. oraz Australię razem wzięte. Można też podróżować po 65 czy 67 roku życia — to prawda, ale trzeba mieć wtedy fantastyczne warunki zdrowotne (tak mi się wydaje) a u mnie po trybie życia, jaki miałem od 13/14 roku życia do praktycznie 2017 roku — to duże ryzyko. A więc tak wygląda przyszłość.

 Nie każdy musi podróżować dookoła świata, nie każdy chce zobaczyć, jak on wygląda na prawdę — bez pośpiechu. Daję sobie prawo do tego, że może nie mam racji. Może przesadzam, może naciągam — pewnie tak — ale to nie jest ocena obiektywna i nie będzie. Co, jeśli moim marzeniem jest wielka podróż wraz z moją rodziną? Co, jeśli w chwili śmierci pomyślę, że zamiast oglądać miesięczne zmagania surferów na wielkich falach w Portugalii, to kosiłem trawnik, którego nienawidzę (i przy okazji koszenia też), albo siedziałem w korku, na wylotówce z Warszawy marząc o zapachu wzburzonego morza?

 Pewnego dnia oglądałem bardzo zdenerwowany i znużony całą ówczesną sytuacją życiową ogłoszenia na Allegro. Na jednym z ogłoszeń widziałem fantastyczną Gelendę (Mercedes G) z zabudową camperową. OOOOO, to dla mnie — uwielbiam offroad wyprawowy, super byłoby mieć domek na samochodzie 4x4. I tak właśnie się zaczęło. Nastąpiło poszukiwanie nowego samochodu — jeszcze nie wiedziałem wtedy, jak ta chwila zmieni moje życie. Ten październikowy smutny dzień w 2016 roku pamiętam, jakby to było wczoraj. Zapragnąłem mieć taki samochód — chyba wtedy jeszcze jako nowy cel konsumpcyjny, azyl na kołach. Potem zaczął się proces myślenia, kiedy i jak da się go używać. Ile kotuje, co jest potrzebne itd. itd. ... A potem przyszedł przełom w naszym życiu. Do dużych zmian w życiu trzeba mieć albo wiele odwagi — taka postawa powiedzmy ofensywna, albo życie samo „wypycha" do działań nie dając szans na pozostanie w danym miejscu — pozycja defensywna. Nas trochę dotyczy ta druga opcja. Można powiedzieć, że system, w jakim żyliśmy, wypchnął nas do działania, bez naszej winy, bez naszej odpowiedzialności, po prostu. Gdzieś na wiosnę 2017 roku okazało się już na 100%, że będziemy musieli zmienić prawie wszystko w życiu. Nie wnikając w szczegóły — świat zawirował. Wtedy przypomniało mi się szkolenie z 2011 roku i parafrazując klasyka pomyślałem "może by tak wszystko pierdolnąć i wyjechać dookoła świata". Bardzo mi się spodobał ten pomysł. Może tak „przeramować” (kolejną) zadyszkę życiową w coś wspaniałego?! Pojawiło się światełko w tunelu. Zacząłem planować, działać bez presji, ale z wielką motywacją. Rozmawiałem potem z Magdaleną o tych planach i choć nie pamiętam dnia rozmowy to jej entuzjazm i pozytywna reakcja na pomysł „domku na kółkach na ciężarówce 4x4” był jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Zatem robimy... yyyy, ale jak? No dobra podejdźmy do tematu zadaniowo. Co jest potrzebne (oprócz samochodu):

Do wyjazdu i życia w camperze (4x4) oglądając świat w wieku 40 lat z rodziną, przemieszczając się tam gdzie chcemy, pracując, ucząc się, odpoczywając i poznając świat potrzebne są: 

  • zgoda na "brak przewidywalności" oraz "stabilizacji"
  • "ogromna ilość energii"
  • "poświęcenie"
  • "odwaga"
  • finansowanie bo to na pewno "ogromnie dużo kosztuje"
  • "spryt"
  • "planowanie strategiczne"
  • "spędzanie czasu na obsłudze serwisowej domu" 
  • "planowanie rozrywek" (wbrew okolicznościom).
  • "czas" 
  • "relacje z rodziną i znajomymi via internet" 
  • "masa energii w naukę dziecka" - edukacja domowa,  
  • "minimalizm"
  • itd. itd.


Widzisz? To wszystko co potrzebne do realizacji marzeń jest - w codziennym życiu. Wiele osób mówi, że nie ma odwagi i siły. Uważam, że tzw "normalne życie" wymaga wiele odwagi i siły. Więc wyjazd nie jest taki bardzo wymagający. Zmiany nie są wymagające. 

Na koniec została odpowiedź na najważniejsze pytanie:

Jeśli nie my, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy ? 

No dobrze to decydujemy się : jedziemy, my i... teraz! :)

A dokładniej w listopadzie 2018 roku, kiedy nasz domek na kółkach będzie gotowy. 

Jeśli w ogóle interesuje Cię kilka zdjęć z naszego życia sprzed wyjazdu to zerknij na galerię opowiadającą troszkę o nas. TU   Zapraszamy! 

*artysta Kękę, utwór  "Cesarz"

secretcats.pl - tworzenie stron internetowych